sobota, 1 grudnia 2007

Dyktando

Dyktando Uchatki
Pół dżdżem, pół suszą będąc, w półśnie pogrążony,właśniem miał w okamgnieniu w mróz się przepoczwarzyć,kiedy mój współlokator, z tych niewydarzonych,chrząknął niby przypadkiem tuż-tuż przy mej twarzy.
Chcąc nie chcąc i rad nierad, nie jestem bezuchy,widzę, skonfundowany, choć się oczy plączą,pejzaż spod Igołomi popstrzony przez muchyi konterfekt Nietzschego odzianego w poncho.
Tak złorzeczył zazwyczaj, bo zawżdy przegrywał,choć koleżków miał przecie niegłupich skądinąd:ryży skrzypek, co hurtem crescenda mógł grywać,
ornitolog amator, majster-klepka pilot.
Muzyk chow-chow hodował, płowożółte zwierzę,ponaddwuipółletnie, superrozczochrańca,które na równi w uczuć burzy czcił prawie żez rondem capriccioso a-moll u Saint-Saënsa.Drugi z druhów, zrzędliwy dość ekspingpongista,chyży, hardy, o cerze sczerniałej z latami,świetnie tańczył jiveęa, paso doble, twista,a w marzeniach przeżywał rendez-vous z ptakami.Lotnik bujał w przestworzach, w jakim bądź naprędceskleconym wehikule, tak na łapu-capu.
Napowietrzne swe harce dedykował Helce,pół-Rosjance z abchaską prababką spod Baku.

Brak komentarzy: